13 grudnia 2019

W kopalni „Wujek” doszło do czynnej napaści na milicjantów

Jak co roku 16 grudnia wspomina się o pacyfikacji Kopalni Węgla Kamiennego „Wujek” w Katowicach w 1981 roku. Jak co roku przemilcza się przebieg tamtych wydarzeń, a skupia się na ogólnikowych, nic nie mówiących stwierdzeniach i hasłach „walki o wolność”, złowrogich obrazkach przedstawiających czołgi czy zmobilizowanych milicjantów. Dodatkowo w tym roku, zapewne nieprzypadkowo 13 grudnia, skazano kolejnego milicjanta z ZOMO za udział w pacyfikacji „Wujka”. Prawda jest jednak taka, że w kopalni „Wujek” broń palna została użyta w obronie własnej.

Źródło zdjęcia: Ahorcado, Wikimedia Commons

Bardzo trudno znaleźć opisy przebiegu wydarzeń. Jedynym dość łatwo dostępnym źródłem jest film pt. „Kopalnia Wujek” z 1991 roku, który zawiera wypowiedzi milicjantów i żołnierzy bezpośrednio biorących udział w akcji, a także osób z dowództwa i samego gen. Wojciecha Witolda Władysławowicza Jaruzelskiego. Oczywiście są też wypowiedzi strajkujących górników. Przebieg akcji na terenie kopalni jest pokazany na czytelnym planie. Film ten jest bardzo rzadko puszczany w telewizji. Jest jeszcze film „Śmierć jak kromka chleba” który w jakiejś części pokazuje przebieg wydarzeń i niejednoznaczność zachowań górników, ale film ten jest na niskim poziomie.
Jeszcze kilka lat temu nawet na Wikipedii nie było opisu wydarzeń, przy dacie 16 grudnia było hasło „dopracować”. Zmieniłem to, dodając opis na podstawie ww. filmu „Kopalnia Wujek”.

Najistotniejszą sprawą jest to, że górnicy nie ograniczyli się tylko do biernego oporu. Płk. Piotr Gębka przybył do kopalni przed rozpoczęciem akcji i spotkał się z górnikami. Według jego relacji na placu kopalnianym było 500-700 górników i nie widział żadnego z gołymi rękami. Każdy miał jakiś przedmiot do walki: łańcuchy, trzonki łopat, trzonki kilofów, liny, pręty i inne wykonane we własnym zakresie. Jedna z działaczek „Solidarności” namawiała do walki z ZOMO nawet kobiety i dzieci. Później rozpoczęła się główna akcja pacyfikacji kopalni. Natrafiono na barykady. Milicja ruszyła w dwóch kierunkach. Na jednym z nich na milicjantów posypały się śruby, kamienie, kątowniki, teowniki i wiele innych przedmiotów. Na drugim kierunku doszło do bezpośredniego starcia. Na trzecim górnicy także ruszyli do ataku, w wyniku czego górnicy zatrzymali trzech milicjantów, zadając im kilkanaście uderzeń, w tym przy pomocy prętów metalowych i trzonków od kilofów, oraz kopów. Krzyczano, aby tych milicjantów zabić lub powiesić. Górnicy czynnie atakowali milicjantów na wszystkich kierunkach, była to po prostu bijatyka. Wszystko to odbywało się pod płaszczykiem kościoła, na terenie kopalni obecny był ksiądz odprawiający mszę świętą na terenie zakładu pracy, co w oczywisty sposób było pogwałceniem zasady świeckości. Dzień wcześniej ci wszyscy atakujący milicjantów odmawiali różaniec i dostali zbiorowe rozgrzeszenie.

W filmie „Kopalnia Wujek” odtworzono nagranie rozmowy radiotelefonicznej między milicjantami biorącymi bezpośredni udział w akcji a dowództwem akcji. W rozmowie tej milicjanci w dramatyczny sposób proszą o zgodę na użycie broni, prosząc o pomoc:
– Potrzebujemy pomocy. Trzeba strzelać, bo nas wytłuką. Czy możemy strzelać? Odbiór.
– Nie, czekajcie na rozkaz.
Prośba ta zawędrowała do samego gen. Czesława Jana Janowicza Kiszczaka w Warszawie, któremu zameldowano o rannych milicjantach, zagrożeniu zdrowia i życia milicjantów. Czesław Kiszczak także odmówił użycia broni i polecił się wycofać.

Broni jednak użyto na rozkaz dowódcy plutonu specjalnego Zmotoryzowanych Obwodów Milicji Obywatelskiej, który ocenił że sytuacja jest dramatyczna i tragiczna, a dotychczasowe środki jak siła fizyczna, pałki, granaty łzawiące nie przynosiły skutku. Strzały w powietrze także nie dały skutku. Oddano strzały, w wyniku których na miejscu zginęło 5 górników, 1 w punkcie opatrunkowych, a 3 kolejnych w szpitalu. Dopiero użycie broni palnej przywróciło porządek i opanowało brutalnych górników chcących bić milicjantów czym popadnie a nawet ich wieszać. W końcu strajk zakończono bez żadnych warunków.

Nawet bilans ofiar jednoznacznie pokazuje, że górnicy święci nie byli. Zginęło 9 górników, 23 było rannych, ale z drugiej strony rannych zostało aż 41 milicjantów i żołnierzy, w tym 11 ciężko.

Rzeczywisty przebieg wydarzeń jasno pokazuje, że użycie broni było odpowiedzią na brutalność górników, czynną napaść na funkcjonariuszy, zagrożenie zdrowia i życia milicjantów i żołnierzy. Górnicy mieli wszelkie możliwe środki do zapobieżenia tej tragedii:
  1. mogli nie strajkować, bo ich strajk był pozbawiony sensu, napędzany wyłącznie przez „Solidarność”; nie rozumieli konieczności wprowadzenia stanu wojennego chroniącego ich samych przed wojną domową i interwencją obcych wojsk;
  2. wiedzieli o pacyfikacji Kopalni Węgla Kamiennego „Manifest Lipcowy” dzień wcześniej, gdzie także była konieczność użycia broni;
  3. o akcji pacyfikacyjnej zostali zawiadomieni, mogli przed nią się wycofać bez żadnych konsekwencji;
  4. każdy z górników mógł się wycofać przez tylną bramę kolejową, część nawet tak zrobiła, mogła tak zrobić większość pozostawiając tylko garstkę skrajnych działaczy „Solidarności”;
  5. mogli się ograniczyć wyłącznie do biernego oporu.
Nie, zamiast tego lepiej zwalać winę na milicjantów i cały PRL jak czyni to współczesna propaganda… Oczywiście, Milicja Obywatelska i Wojsko Polskie także miały środki do zapobieżenia tej tragedii, ale były one niewspółmierne do możliwości zapobieżenia tragedii przez samych górników. Siły państwowe mogły się wycofać, przegrupować, ustalić inne możliwości działania, tak jak polecił gen. Kiszczak. To jednak łatwo oceniać już po fakcie, trudniej w trakcie trwania akcji, kiedy milicjanci są atakowani i przybywa rannych w tym ciężko rannych. Broń nie zostałaby użyta, gdyby nie było zagrożenia dla życia i zdrowia milicjantów! Górnicy atakując milicjantów sami przyczynili się do tej tragedii, bo czego innego mogli się spodziewać po atakowaniu milicji? Braku reakcji? Przecież milicja w razie ataku ma prawo się bronić i użyć do tego środków przymusu bezpośredniego oraz broni.

Trudno ocenić samych poległych górników. Nie wiadomo, w jakim stopniu byli agresywni wobec sił państwowych. Nie wiadomo, jakie mieli usposobienie, dokładny stosunek do ludowego państwa. Być może zostali tylko omamieni przez działaczy NSZZ „Solidarność” i innych wrogów Polski Ludowej. Fakty są takie, że nieprzypadkowo byli wówczas w kopalni w czasie bezprawnego strajku i w grupie osób atakujących milicjantów.

Oczywiście nie mogło być mowy zakończeniu stanu wojennego czy choćby o uwolnieniu internowanych działaczy „Solidarności”. Stan wojenny był niezbędny dla uchronienia od tragedii mogącej liczyć 200 tys. ofiar, bo tak według szacunków skończyłaby się wojna domowa wywołana przez „Solidarność” lub interwencja obcych wojsk także spowodowana przez „Solidarność”.
Czytaj także: Dzień Ocalenia Narodowego 2019.

Rocznica pacyfikacji kopalni „Wujek” co roku jest obchodzona z wielkim pietyzmem. Poległo w niej 9 górników. Nikt wówczas nie umierał z powodu bezdomności, kiedy dziś rokrocznie w zimie z wyziębienia umiera kilka razy bezdomnych, którym nikt nie postawi pomnika, nie zrobi uroczystości, pozostaną całkowicie bezimienni w świadomości społecznej, a przede wszystkim nikt nie dąży do rozwiązania kłopotu bezdomności trwale związanego z kapitalizmem. Nikt też nie wyda wyroku na osobach odpowiedzialnych za niewywiązywanie się przez państwo z konstytucyjnego obowiązku sprzyjania zaspokojeniu potrzeb mieszkaniowych obywateli, w szczególności przeciwdziałania bezdomności.

13 grudnia 2019 skazano na 3,5 roku więzienia kolejnego milicjanta z plutonu specjalnego ZOMO, Romana S., wcześniej poszukiwanego międzynarodowym listem gończym. Wyrok ten jest całkowicie niesprawiedliwy. Roman S. został oskarżony: „16 grudnia 1981 r. w Katowicach, będąc funkcjonariuszem państwa komunistycznego, […] członkiem plutonu specjalnego Pułku Manewrowego KW MO w Katowicach, działając wspólnie z innymi członkami tego plutonu, dopuścił się zbrodni komunistycznej stanowiącej zbrodnię przeciwko ludzkości, polegającej na stosowaniu represji i naruszaniu praw człowieka”. Według sądu, działania milicji w „Wujku” były akcją zaczepną – nie było podstaw do podjęcia interwencji, w szczególności do użycia broni palnej. Trudno powiedzieć, co ma w głowie sąd, skoro wszelkie opisy przebiegu wydarzeń, włącznie z relacjami samych górników (!) w oczywisty sposób temu zaprzeczają. Sędzia Maciej Dutkowski w uzasadnieniu stwierdził, że „broni użyto żeby zabić”, czyli według tej wypowiedzi milicjanci urządzili sobie polowanie strzelając jak do niewinnych kaczek… Stosowanie określeń „funkcjonariusz państwa komunistycznego” już w ogóle nie licuje z powagą wymiaru sprawiedliwości. Roman S. nie przyznał się, twierdząc że nigdy nie oddał strzału z broni w kierunku człowieka ani nawet nie strzelał w powietrze i nie ma dowodów by temu zaprzeczyć.

Do odpowiedzialności za śmierć górników powinno być pociągnięte kierownictwo strajku, prowodyrzy, prowokatorzy i działacze NSZZ „Solidarność”, a nie milicjant wykonujący rozkaz będący odpowiedzią na atak na milicjantów.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza